Historia lubi się powtarzać- wakacji ciąg dalszy.

0

Historia lubi się powtarzać… Pamiętam, gdy moja mama wspominała wakacje, kiedy to ja i mój brat byśliśmy dziećmi… Gdy jej wtedy słuchałam, nie chciało mi się wierzyć w to co mówiła. Przecież wakacje z małymi dziećmi nie mogą być aż tak męczące… Musiało upłynąć kilkanaście lat abym odczuła na własnej skórze „urok” takiego „urlopu”…

Moje wakacje z rodzicami.

Rodzice zabrali nas na wakacje nad polskie morze. Pamiętam jak pierwszego dnia mama pakowała wszystkie manatki do ogromnej torby plażowej. A musiało się w niej zmieścić wiele, łącznie z prowiantem, gdyż wtedy z reguły spędzało się na plaży cały dzień. Niestety i tak nie wszystko mieściło się u mamy, dlatego tata taszczył drugą torbę, parawan oraz ogromną koparkę żeliwną, bez której mój brat nie wyobrażał sobie wyjazdu nad morze. Zabawka ta ważyła dobrych kilka kilogramów przez co była za ciężka by mój brat był w stanie samodzielnie ją „dotargać” na plażę. Jakież było zdziwienie mojego zziajanego taty, gdy zaledwie po kilku minutach kopania w piasku jego syn oświadczył, że „już mu się znudziło”. 🙂

Z dziećmi na plaży.

W trakcie obecnych wakacji w Czarnogórze moje córki, gdy tylko rano otworzą oczy, od razu chcą pójść na plażę. Jeszcze dobrze śniadania nie zjedzą a już stoją ubrane w stroje kąpielowe, gotowe do wymarszu. Każdego dnia odbywa się „rytuał” pakowania wszystkich gratów, które zabrały ze sobą z domu (przecież wszystko im się przyda), łącznie z ukochanymi pluszowymi miśkami. Torby pękają w szwach. Zabranie wózka na wakacje było super pomysłem, bez niego chyba bym padła. A i on ledwo daje radę.

Wędrówka na plażę.

Po 20 min. pakowania i ładowania wychodzimy (w temp. 40 C w cieniu) czyli zaczyna się pchanie owego wózka. Po chodnikach jeszcze jakoś jedzie, ale jest odcinek naszej drogi na plażę, że trzeba wózek pchać po nieubitym piachu (a raczej ciągnąć go tyłem, gdyż tak wygodniej). Czasem jeszcze Pola „na dokładkę” wpakuje się na niego, a co niech mama trenuje w większym obciążeniem. Umordowane, ociekające potem, docieramy z Dorotką (która ma dokładnie taką samą sytuację jak ja) do miejsca, w którym rozbijamy „obóz”. Następuje rozpakowywanie. Dziewczynki chwilę pluskają się w morzu, przez kilka minut bawią się zabawkami, przez kolejne 5 minut biją się o zabawkę, której akurat w tym samym momencie obie potrzebują. Następnie co? Stwierdzają, że są głodne, i chcą wracać do hotelu. No jakże by inaczej?! Zatem następuje kilkunastominutowe płukanie zabawek z czarnego piasku, pakowanie gratów na pojazd i powtórka treningu „wózek plażowicza”. 🙂

Nauka na błędach.

I tak wyglądały nasze „spacery” przez pierwsze 3 dni – rano i popołudniu. Jednak człowiek szybko się uczy (zwłaszcza na błędach, tym bardziej własnych) to od 4 dnia „dymamy” obładowane jak wielbłądy już tylko raz dziennie. 🙂 🙂 Najlepsze jest to, że wózkowy „trening” już nas śmieszy, a nie denerwuje. Dorotka ma dokładnie tak samo jak ja, więc jak patrzymy na siebie, widząc jak wyciskamy siódme poty pchając te wózki, to wybuchamy śmiechem. Ta sytuacja nas bawi – chyba z bezsilności. 🙂

Ciekawe czy Lena i Pola też będą taki niedowiarkami, jakim ja byłam. I czy tylko do czasu…

 

p.s. Mamo, teraz już wierzę, w to co opowiadałaś i doskonale wiem, co razem z tatą przechodziliście w trakcie wakacji z dwójką dzieci… 🙂

 

 

 

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Napisz swój komentarz
Proszę podaj swoje imię tutaj