Moje życie, moje zmiany

0

Ja i zmiany.

Czy często wracacie wspomnieniami do dzieciństwa i czasu burzliwej młodości, kiedy nastoletnie szaleństwa nawet teraz Cię zaskakują? Czy patrząc na foty z okresu, kiedy miałaś piętnaście, osiemnaście, dwadzieścia lat sama siebie nie poznajesz? Mnie nie zdarza się to zbyt często, ale każdy taki „powrót do przeszłości” powoduje, że odkrywam coś nowego: albo jakieś wydarzenie, które mnie ukształtowało; albo jakąś cechę, którą wypracowałam; albo jakieś przekonanie, które zmieniłam. Chociaż to, że jestem harda, twarda i uparta, to akurat wcale się nie zmienia…

Tajna agentka.

Teraz wydaje mi się, że już jestem na tyle dojrzała, że mogę świadomie określić co jest dla mnie ważne. Kierując się tym wewnętrznym kompasem buduję swoją rzeczywistość. Ale nie zawsze tak było. Życie się zmienia, ja się zmieniam. Zmieniają się też sprawy, którymi chcę się zajmować, również zawodowo. Przyznam Wam się, że kiedyś bardzo chciałam pracować w tajnych służbach i być agentką. Ścigać przestępców, przywracać sprawiedliwość, walczyć po stronie dobra i praworządności. Nie zważałam na niebezpieczeństwo związane z takim zawodem. Ryzyko mnie kręciło, chciałam go podejmować i zwyciężać. I tak naprawdę ta część mojego charakteru wcale się nie zmieniła. Zmieniły się tylko cele i okoliczności. Nie wstąpię do służb specjalnych, nie zostanę Jamsem Bondem w spódnicy, ale za to będę uprawiała sport, motywowała Was i sięgała co raz wyżej.

Grzeczne dziewczynki idą do nieba, a niegrzeczne tam gdzie chcą.

W zasadzie to chyba nigdy nie byłam grzeczną dziewczynką, choć nie powiem żebym nie chciała iść do nieba. Odkąd pamiętam lubiłam uprawiać sport, a co za tym idzie czuć adrenalinę. Nie licząc nart, na które stanęłam gdy skończyłam trzy latka, moja pierwsza dyscyplina sportu, którą zajęłam się na poważnie to… judo! Nigdy nie bałam się ryzyka, kiedy tylko można było sobie coś udowodnić, natychmiast korzystałam z okazji. Stąd moje zjazdy na nartach poza wyznaczoną trasą albo skok ze spadochronem. Szczerze mówiąc, to skok ze spadochronem ma dodatkowy smaczek, bo… boję się wysokości. Naprawdę. Kiedy odwiedzam kogoś, kto mieszka na dziesiątym piętrze i mam wyjść na balkon, to cała się trzęsę. Ale ze spadochronem skoczyłam, żeby sobie udowodnić, że mogę. Tego chyba nauczył mnie sport: przełamywania barier, które tkwią tylko w Twojej głowie. Kiedy jako nastolatka trenowałam piłkę ręczną (z całkiem niezłymi wynikami, jeden klub nawet chciał mnie „kupić” do swojego zespołu) zdarzały się sytuacje, kiedy musiałam sto razy uderzyć w piłkę, żeby nauczyć się odpowiedniego zagrania. Ręka bolała, skóra piekła, a cholerna piłka i tak nie leciała tak, jak powinna. Co wtedy robiłam? Popłakałam, powkurzałam się i… wracałam na halę. Uderzałam kolejne sto razy, aż do skutku. I taka filozofia działania została mi do dziś. Bo lubię iść tam gdzie chcę i sięgać po to, czego naprawdę pragnę.

Błędy i kryzysy.

Były (i będą) okresy w moim życiu, kiedy popełniałam błędy i robiłam różne głupoty. Dziś się z nich śmieję, ale też je doceniam. Doceniam je, bo mnie wiele nauczyły. Przede wszystkim dystansu do siebie samej. Mogę się śmiać z siebie i popukać w czoło własnemu odbiciu w lustrze, kiedy przypominam sobie jak w akademiku zjeżdżałam po schodach na nartach. OK, wiem, że to nie było mądre (choć przyznaję, że wówczas świetnie się bawiłam), ale młodość ma swoje prawa. Teraz zostało we mnie nadal odrobinę z tego młodzieńczego szaleństwa, ale umiem go odpowiednio ukierunkować. Nie oznacza to wcale, że nie ciągnie mnie na free style’owy zjazd na nartach. I pewnie to wkrótce zrobię, bo córeczki już podrosły, chętniej zostają z Dziadkami, a ja mogę korzystać z takiej zdrowej odskoczni. Z czasem zrozumiałam też, że potrzebuję równowagi w swoim życiu. Skupienie się tylko na jednym aspekcie, obojętne czy na Rodzinie (do czego mają skłonności kobiety), czy na karierze (w czym celują mężczyźni), czy na sobie samej (pokolenie Z) nie przynosi nic dobrego. Życie jest różnorodne, ludzie są skomplikowani, nasze potrzeby są złożone. Sztuka polega na tym, aby poznać siebie na tyle dobrze, aby prawidłowo dobrać proporcje wszystkiego co się w życiu liczy. I dokonywać wyborów zgodnie ze sobą.

Pewność siebie.

Często wracam myślami do czasu, kiedy w siebie nie wierzyłam. Porównywałam się z innymi i zawsze dochodziłam do wniosku, że Ci inni są lepsi. Że mają lepsze wykształcenie, są bardziej inteligentni, ładniejsi, lepiej zorganizowani. Zawsze znajdowałam „to coś”, co powodowało że czułam się gorsza. A to, że skazana jestem na mało ambitne zajęcia, które wcale nie przyniosą mi tylu satysfakcji ani sukcesów. Wydawałam się sobie nieatrakcyjna, w dodatku bez perspektyw. Trochę trwało, aż zrozumiałam, że liczy się pasja i najważniejsze jest to, aby robić to co się kocha. Nieważne, czy to są odkrycia naukowe czy naprawa motorów. Że liczy się zaangażowanie i poczucie, że to jest właśnie to czego chcesz Ty. Ty, nikt inny. Nie Mama, nie Tata, nie Mąż ani najlepsza Przyjaciółka. Dlatego odważyłam się „wyjść” z moimi treningami na zewnątrz, do ludzi, do Was. To był ważny krok, przełomowy. Dzięki temu uwierzyłam, że mogę robić to co lubię najbardziej i jednocześnie być szczęśliwa i usatysfakcjonowana. Od tego pierwszego, przełomowego kroku upłynęło parę ładnych lat. Strasznie się cieszę, że jestem tutaj, z Wami. Jestem dumna z tego co osiągnęłam, do czego doszłam inwestując swoją pasję, swój czas, kawałek swojej osobowości. I mam nadzieję, że skutecznie Was zaraziłam nie tylko sportem, ale również radością życia i odwagą!

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Napisz swój komentarz
Proszę podaj swoje imię tutaj